Lekarstwo, które żywi chorobę
I czy twardy pieniądz mógłby przerwać ten cykl.
To tłumaczenie zostało wykonane z pomocą sztucznej inteligencji.
To jest esej wyrażający opinię. Odzwierciedla punkt widzenia i tok rozumowania autora oraz nie stanowi porady finansowej.
Środek przeciwbólowy cię nie leczy. Ukrywa ból, żebyś mógł działać dalej. Problem pod spodem wciąż tam jest. Czasem nawet się pogłębia, bo przestajesz odpoczywać i dalej obciążasz ranę.
Ten esej twierdzi, że współczesna polityka pieniężna działa mniej więcej tak samo. Kiedy gospodarka cierpi, banki centralne sięgają po tani pieniądz. Ból ustępuje. Rynki się uspokajają. Ale głęboki problem nie znika. Zostaje przesunięty w przyszłość i rośnie.
Dotknęliśmy tej myśli już raz, w naszym eseju o halvingu Bitcoina, gdzie napisaliśmy, że lekarstwo żywi chorobę, którą rzekomo leczy. Ten tekst prowadzi ten wątek do końca.
Jedna uwaga na początek. To, co następuje, jest pewną szkołą myślenia, a nie ustalonym faktem. Pochodzi głównie z tradycji austriackiej w ekonomii, a wielu ekonomistów głównego nurtu się z nią nie zgadza. Oddamy głos także ich stanowisku.
Nazwijmy chorobę
Zacznijmy od samej choroby.
W ujęciu austriackim prawdziwym problemem jest boom, a nie załamanie. Oto idea. Kiedy bank centralny spycha stopy procentowe poniżej ich naturalnego poziomu, pożyczanie staje się tanie. Firmy zaczynają wtedy projekty, które wydają się opłacalne tylko dlatego, że pieniądz kosztuje tak mało. Ludwig von Mises opisał to już w 1912 roku. Friedrich Hayek, a później Murray Rothbard, rozwinęli tę myśl.
Te słabe projekty to rany. Prędzej czy później rzeczywistość wystawia rachunek. Projekty upadają. Przychodzi załamanie.
Oto kluczowy zwrot. W tym ujęciu załamanie nie jest chorobą. Załamanie jest leczeniem. Sprząta złe zakłady i pozwala gospodarce się uzdrowić. Boli, owszem, ale jest konieczne.
Więc co robi bank centralny, kiedy leczenie zaczyna działać? Znów sięga po środek przeciwbólowy. Kolejny tani pieniądz. I złe inwestycje nigdy nie zostają w pełni oczyszczone.
Uczciwie o drugiej stronie
Teraz druga strona argumentu, bo jest mocna.
Większość ekonomistów głównego nurtu odrzuca tę opowieść, a przynajmniej jej dużą część. Ich rozumowanie jest takie. Kiedy system finansowy zamarza, nicnierobienie nie jest wyborem neutralnym. To wciąż wybór, i często katastrofalny.
Powołują się na Wielki Kryzys. Milton Friedman i Anna Schwartz twierdzili, że Rezerwa Federalna mocno pogorszyła lata trzydzieste, pozwalając bankom upadać, a podaży pieniądza się załamać. Ben Bernanke, który później kierował Fedem podczas kryzysu 2008 roku, zbudował dużą część swojej kariery na tej lekcji. W ich ujęciu bank centralny działający jako pożyczkodawca ostatniej instancji powstrzymuje lokalny pożar przed spaleniem całego miasta.
Koszt niedziałania, twierdzą, to masowe bezrobocie, ceny, które spadają i same się napędzają, oraz zrujnowane życia na skalę, przy której ratunek wygląda na drobiazg. To nie jest słaby argument. Każde uczciwe spojrzenie na ideę środka przeciwbólowego musi wziąć go na poważnie.
Za każdym razem większa dawka
Więc którą opowieść wspierają fakty? Spójrzmy na wzorzec z ostatnich trzydziestu lat.
W 1998 roku upadł jeden duży fundusz hedgingowy o nazwie Long Term Capital Management. Fed zorganizował ratunek wart około 3,6 miliarda Dolarów. Przekaz dla rynku był prosty. Jeśli jesteś wystarczająco duży, pomoc nadejdzie.
Kiedy w 2000 roku pękła bańka internetowa, stopy procentowe mocno obniżono. Kiedy w 2008 roku pękła bańka na rynku nieruchomości, reakcja była znacznie większa. Amerykański ratunek dla banków, znany jako TARP, wypłacił około 443 miliardów Dolarów. Fed zaczął też kupować aktywa na ogromną skalę, w ramach polityki zwanej luzowaniem ilościowym. Przyszła w trzech osobnych falach.
Potem przyszedł rok 2020. Reakcja na pandemię daleko przewyższyła wszystko, co było wcześniej. Bilans Fedu, przybliżona miara tego, ile stworzył i kupił, wspiął się do prawie 9 000 miliardów Dolarów.
Zauważ ten kształt. Każdy ratunek jest większy od poprzedniego. Każda dawka musi być silniejsza, by dać ten sam efekt. To dokładnie to, czego można się spodziewać po środku przeciwbólowym, który wciąż bierzesz.
Ten jeden raz, gdy wybraliśmy leczenie
Jest jeden słynny wyjątek i uczciwość każe na niego spojrzeć.
W 1979 roku inflacja w Stanach Zjednoczonych wymknęła się spod kontroli. Paul Volcker stanął na czele Fedu i zrobił coś przeciwnego niż sięgnięcie po środek przeciwbólowy. Podniósł stopy procentowe do brutalnych poziomów, powyżej 19 procent. Gospodarka wpadła w ostrą recesję. Bezrobocie wzrosło. Zabolało to wielu ludzi.
Ale zadziałało. Inflacja została złamana. Chorobę naprawdę wyleczono, a nie tylko ukryto.
Decyzja Volckera tnie w obie strony. Pokazuje, że korekta jest naprawdę bolesna. Pokazuje też, że jest możliwa i że potrafi wyleczyć coś, czego środek przeciwbólowy nigdy by nie wyleczył. Pytanie, które stawia reszta tego eseju, brzmi: dlaczego tak rzadko ją wybieramy.
Czy nie potrzebujemy trochę inflacji, żeby rosnąć?
Tutaj główny nurt podnosi uzasadniony zarzut. Czy nie potrzebujemy trochę inflacji, żeby w ogóle rosnąć? Wielu ekonomistów mówi, że tak. Łagodny wzrost cen, twierdzą, popycha ludzi do inwestowania i wydawania, zamiast trzymania gotówki w bezruchu. System twardego pieniądza, ostrzegają, dusi wzrost i zaprasza deflację.
To poważny punkt. Ale historia go komplikuje.
Spójrzmy na erę klasycznego standardu złota, mniej więcej od 1870 do 1914 roku. Pieniądz był powiązany ze złotem i nie można było go swobodnie drukować. A mimo to był to jeden z wielkich okresów wzrostu w nowoczesnej historii. Przemysł się rozwinął. Kolej i elektryczność rozeszły się po całych krajach. A ceny często łagodnie spadały, rok po roku, podczas gdy gospodarka i tak rosła. Tańsze dobra, które płyną z prawdziwego postępu, to nie to samo co załamanie długu. Ta różnica ma znaczenie.
Nie powinniśmy też malować tamtej epoki jako doskonałej. Miała realne wady. Nie było pożyczkodawcy ostatniej instancji, a paniki bankowe uderzały mocno, w 1873, w 1893 i w 1907 roku. Panika z 1907 roku jest częścią tego, co przekonało Amerykę do stworzenia Rezerwy Federalnej.
Ale przyjrzyjmy się z bliska, jak działały tamte dawne upadki. Kiedy bank pożyczał więcej papierowego pieniądza, niż miał złota, a deponenci tracili zaufanie, ustawiali się w kolejce, żeby wypłacić swoje pieniądze. Jeśli bank nie mógł zapłacić, upadał. Ludzie, którzy tam trzymali pieniądze, tracili, i to było realne. Ale szkoda pozostawała głównie lokalna. Zły bank znikał, a reszta systemu szła dalej.
Porównajmy to z dniem dzisiejszym. Kiedy dziś upada duży bank, bank centralny często tworzy nowy pieniądz, żeby go uratować. Lokalny pożar zostaje ugaszony. Ale ryzyko nie znika. Zostaje rozłożone na wszystkich, którzy trzymają walutę. I uczy banki niebezpiecznej lekcji. Jeśli jesteś wystarczająco duży, możesz podejmować wielkie ryzyko i pozwolić, by zapłacił ktoś inny. Ekonomiści nazywają to pokusą nadużycia oraz too big to fail.
Kto płaci za środek przeciwbólowy?
Więc kto naprawdę płaci za środek przeciwbólowy? Tutaj opowieść staje się osobista.
Kiedy banki centralne tworzą pieniądz i trzymają stopy nisko, ten pieniądz nie dociera do wszystkich w tym samym czasie ani w ten sam sposób. Najpierw płynie zwykle do aktywów, do rzeczy takich jak akcje i nieruchomości. Więc ludzie, którzy już posiadają aktywa, patrzą, jak ich majątek rośnie. Ludzie, którzy głównie trzymają oszczędności i zarabiają pensję, nie.
Dane to potwierdzają. W Stanach Zjednoczonych najbogatszy 1 procent posiada teraz około 31 procent całego majątku netto. Nawet Bank Anglii przyznał w 2012 roku, że jego zakupy obligacji podniosły ceny aktywów i pomogły głównie gospodarstwom domowym, które już je posiadały. Przepaść między bogatymi a biednymi się poszerza, a łatwy pieniądz to jedno z ostrzy tych nożyc.
Właśnie tutaj popularyzatorzy Bitcoina tacy jak Blocktrainer, niemiecki komentator Roman Reher, kierują dużą część swojej krytyki. Twierdzi, i jest to jego opinia, a nie neutralny fakt, że dzisiejszy system pieniężny po cichu przenosi majątek od zwykłych oszczędzających do tych, którzy siedzą najbliżej kurka z pieniędzmi. W tym punkcie wielu ludzi w świecie Bitcoina się z nim zgadza.
A o jakich pieniądzach mówimy? Spójrzmy, co stało się po 2020 roku. W Stanach Zjednoczonych podaż pieniądza M2 wzrosła o około 40 procent w mniej więcej dwa lata. Duża część wszystkich Dolarów, które istnieją dzisiaj, powstała w tym krótkim oknie. Europa zrobiła mniej więcej to samo. Europejski Bank Centralny prowadził własny ogromny program, kupując aktywa i powiększając podaż euro poprzez swój pakiet pandemiczny. Fed i EBC grały w tę samą grę na dwóch kontynentach.
Oto sposób, żeby poczuć to w codziennym życiu. W miarę jak technologia się rozwija, rzeczy powinny powoli tanieć. Pomyśl o piekarzu z twojej okolicy. Z biegiem lat piekarz dostaje lepsze piece i szybsze maszyny, i potrafi zrobić więcej bułek tej samej jakości mniejszym wysiłkiem. Cofnijmy się teraz o jedno ogniwo w łańcuchu. Rolnik, który uprawia pszenicę, używa z każdą dekadą większych i wydajniejszych maszyn. Nawozy się poprawiają. Nowe odmiany zboża dają więcej z tego samego pola. Każdy etap produkcji tej bułki staje się z czasem bardziej wydajny.
Więc bułka powinna tanieć. Jak może drożeć, rok po roku? W dużej mierze dlatego, że wciąż tworzy się więcej pieniądza. Rosnąca podaż pieniądza popycha ceny w górę szybciej, niż lepsza technologia potrafi je zepchnąć w dół.
Uczciwą wersję tego wszystkiego widać w produktach, w których postęp wyprzedza maszynę drukującą pieniądze. Spójrz na laptopy i elektronikę. Co roku dostajesz więcej mocy obliczeniowej za tę samą cenę. Inaczej mówiąc, laptop, który dziesięć lat temu kosztował małą fortunę, dziś kosztuje ułamek tej kwoty za te same osiągi. Tak wyglądają ceny, gdy pozwoli się technologii robić swoje. To cichy przypomnienie, o ile tańsze mogłyby być liczne codzienne rzeczy, gdyby podaż pieniądza po prostu stała w miejscu.
Pomyśl teraz o oszczędzającym. Ktoś, kto pracował, zarobił swoje Euro lub Dolary i odłożył część na wiele lat. Ten pieniądz to zmagazynowana praca. To czas i wysiłek, zamienione w oszczędności. Kiedy podaż pieniądza szybko się rozszerza, a ceny rosną, ta zmagazynowana wartość po cichu się kurczy. Oszczędzający nie zrobił nic złego, a i tak kończy biedniejszy w ujęciu realnym. W pewnym sensie odbiera mu się po cichu kawałek życia, które spędził, zarabiając te pieniądze.
Pod tym wszystkim jest głębszy mechanizm, dotyczący tego, kto dostaje nowy pieniądz pierwszy, a kto ostatni. Nazywa się efektem Cantillona i zasługuje na osobny esej. Omawiamy go w całości w Najbliżej źródła.
Gwoli uczciwości, obrońcy systemu mają na to wszystko odpowiedź. Mówią, że oszczędzający nie są zmuszeni trzymać gotówki, że mogą włożyć pieniądze w aktywa, które rosną, i że odrobina inflacji utrzymuje pieniądz w ruchu w gospodarce, zamiast pozwolić mu leżeć bezczynnie. Ta odpowiedź działa dobrze dla tych, którzy już mają aktywa do kupienia. Działa znacznie gorzej dla tych, którzy żyją bliżej krawędzi.
Czy twardy pieniądz może przerwać cykl?
To prowadzi nas do twardego pieniądza i do Bitcoina.
Bitcoin ma stałą podaż. Powstanie tylko 21 milionów monet, a harmonogram, który je emituje, nie może zostać zmieniony przez żaden rząd ani bank centralny. To sedno tego, co pisarze tacy jak Saifedean Ammous nazywają argumentem twardego pieniądza.
Odłóż na bok cenę. Odłóż na bok to, czy kiedykolwiek posiadałbyś choć trochę. Spójrz tylko, co stała podaż robi z bodźcami.
Jeśli nikt nie może wydrukować nowego pieniądza, to nikt nie może zostać uratowany nowym pieniądzem. Więc zadaj sobie kilka prostych pytań.
Co dzieje się z bankiem, który pożycza zbyt lekkomyślnie, jeśli nie ma żadnej maszyny drukującej gotowej go uratować?
Co dzieje się z olbrzymią firmą, która robi zły produkt, jeśli żaden rząd nie może po cichu sfinansować jej przetrwania?
Co dzieje się z państwem, które wydaje daleko ponad swoje możliwości, jeśli nie może po prostu rozpuścić swojego długu inflacją?
W standardzie twardego pieniądza odpowiedź na każde z tych pytań jest ta sama. Ponoszą konsekwencje własnych wyborów. Błąd nie zostaje rozłożony na każdego oszczędzającego, który trzyma walutę. Zostaje przy tym, kto go popełnił.
Jest drugi efekt i sięga głębiej niż jakikolwiek pojedynczy ratunek. Kiedy ludzie wiedzą, że żadna maszyna drukująca ich nie uratuje, działają inaczej od samego początku. Bank pożycza ostrożniej. Firma trzyma realny bufor, zamiast stawiać wszystko i mieć nadzieję. Państwo waży każde Euro lub Dolara, które wydaje, bo nie może po cichu załatać rachunku później. Twardy pieniądz nie tylko karze złe decyzje po fakcie. Stale popycha wszystkich ku lepszym decyzjom, zanim zostaną podjęte. W tym sensie pieniądz, którego nie można drukować, dyscyplinuje tych, którzy go używają. Zmusza do prowadzenia solidnych interesów, zamiast jedynie je nagradzać, bo lekkomyślna droga nie jest już amortyzowana cudzymi pieniędzmi.
To zmienia to, co przetrwa. Nie największy. Nie najlepiej ustawiony. Lecz produkt, za który ludzie naprawdę chcą zapłacić, w cenie, którą uznają za uczciwą. Decyduje konsument, a nie maszyna drukująca pieniądze.
Nic z tego nie jest obietnicą, że Bitcoin jest łatwy, bezpieczny czy odpowiedni dla kogokolwiek konkretnego. Nie o to tu chodzi. Chodzi o coś węższego. Pieniądz, którego nie można drukować, zmienia to, kto ponosi koszt porażki. A to naprawdę inny zestaw reguł, według których się żyje.
Pytanie, przy którym warto się zatrzymać
Wróćmy do środka przeciwbólowego ostatni raz.
Środek przeciwbólowy nie jest zły. Czasem kupuje ci czas, którego naprawdę potrzebujesz. Ale jeśli staje się jedynym narzędziem w apteczce, a dawka wciąż rośnie, prędzej czy później dzieje się jedna z dwóch rzeczy. Albo lek przestaje działać. Albo ktoś w końcu decyduje się leczyć przyczynę zamiast objawu.
Przez jakieś sto lat wybieraliśmy głównie lek. Pytanie, które stawia Bitcoin, nie brzmi, czy środek przeciwbólowy działa. Wyraźnie działa, przez jakiś czas. Prawdziwe pytanie brzmi, co odkładamy na później, nigdy nie pozwalając pacjentowi naprawdę wyzdrowieć.
To pytanie, przy którym warto się zatrzymać. Będziemy dalej podążać tam, dokąd prowadzi.
Często zadawane pytania
To metafora tego, jak banki centralne reagują na gospodarczy ból. Kiedy rynki się blokują albo grozi recesja, banki centralne obniżają stopy procentowe i tworzą nowy pieniądz. To łagodzi natychmiastowy ból, tak jak środek przeciwbólowy. Argument tego eseju, zaczerpnięty ze szkoły austriackiej w ekonomii, jest taki, że leczy się w ten sposób objaw zamiast głębokiej przyczyny, więc problem u podstaw zostaje odsunięty, a nie rozwiązany.
Nie. Esej uczciwie przedstawia stanowisko głównego nurtu. Wielu ekonomistów twierdzi, że bank centralny działający jako pożyczkodawca ostatniej instancji zapobiega znacznie gorszemu wynikowi, takiemu jak głęboka spirala deflacyjna i masowe bezrobocie. Esej przedstawia ten pogląd uczciwie, a potem wykłada austriacki kontrargument, że powtarzana interwencja gromadzi z czasem większe problemy. Czytelnikowi zostaje rozważenie obu stron.
Wyjaśnia się to mechanicznie, a nie jako porada. Jeśli podaży pieniądza nie da się powiększyć, to żaden bank, firma ani rząd nie może zostać uratowany przez tworzenie nowego pieniądza. Esej twierdzi, że to sprowadza konsekwencje błędu z powrotem na tego, kto go popełnił, zamiast rozkładać koszt na wszystkich, którzy trzymają walutę. To zmiana bodźców, a esej nie wyciąga żadnego wniosku co do tego, czy ktokolwiek powinien posiadać Bitcoina.
Źródła
- 1.Ludwig von Mises, 1912 — The Theory of Money and Credit
- 2.Friedrich A. Hayek, 1931 — Prices and Production
- 3.Murray Rothbard — Austrian Business Cycle Theory, Explained
- 4.Federal Reserve via FRED — M2 money supply (M2SL)
- 5.Federal Reserve via FRED — Total assets of the Federal Reserve (WALCL)
- 6.US Department of the Treasury — Troubled Asset Relief Program (TARP)
- 7.Federal Reserve — Distributional Financial Accounts
- 8.Bank of England, 2012 — The Distributional Effects of Asset Purchases
- 9.European Central Bank — Pandemic Emergency Purchase Programme (PEPP)
- 10.Saifedean Ammous, 2018 — The Bitcoin Standard
- 11.Roman Reher, opinion source — Blocktrainer